niedziela, 1 marca 2015

Entliczek pentliczek błękitny stoliczek

Poniedziałek, 23 lutego. Godzina tuż przed 20.00, ul. Częstochowska, altana ŚM. Powrót z pracy, niby nic już ciekawego człowieka nie czeka w tym dniu.
A jednak!
Stoi. Tyłem, więc nie widać twarzy-szufladek. Brać, nie brać. Brać, nie brać.
Szybka decyzja. Brać.

Telefon do Guśki

- yyy wiesz co... masz chwilę? Podjedziesz na Ochota-Ratusz i pomożesz mi przywieźć stół?
- Stół????
- No... Pięęęęękny....
- Będę za 10 minut.
10 minut trochę się dłuży. Stoję niby obok, ale twardo pilnuję stołu. Już jest mój. Nagle podbija pod altanę pan zbieracz skarbów, tudzież złomu poalkoholowego. Podchodzi, rozgląda się, Kopnął jakąś starą skrzynkę, puszek brak. Szybka wymiana spojrzeń. On już wie. Stołu nie kopnął. Poszedł. Wygrałam :P
Transport tramwajem do domu, szybkie czyszczenie, wywalenie gruzu z szuflad.

Środa, zakupy. Bejca, szpachla, papier ścierny, farba, folia :) niecałe 40 zł.


Piątek. BEZCENNA Maja, zapożycza mi sprzęcior pt. opalarka do drewna. Zabawka-marzenie.


Sobota. JAZDA!

jak tu nie zwariować ze szczęścia?!! Potencjał jest :D
...trochę roboty też jest...
                                                                               



blat... fuuu...

do akcji wkracza ona. OPALARKA.
mmm. sama przyjemność. schodzi na szpachli jak masło :)))

wszystko co udało się opalić i zedrzeć. Bilans. Kilo "gruzu" i dwa pęcherze na palcach.

ogolony stół

blat w połowie procesu golenia
Teraz tylko papier ścierny (bilans: drzazga)
i można się brać za malowanie (nie reklamuję jakoś specjalnie tej farby, ale dała radę więc ją uwieczniam też :P)
tadam! 
szwedzka elegancja :P

:)